O MNIE

Jestem uzależniona od zakupów, nimi poprawiam sobie nastrój. Zawsze się cieszę z tego, co upoluję. Trochę szyję, szydełkuję, wyszywam, ozdabiam swoje mieszkanie. Przeważnie daję nowe życie przedmiotom, które już straciły dla poprzedniego właściciela znaczenie. Przerabiam i mam z tego ogromną frajdę.


Użycie moich zdjęć bez mojej zgody jest kategorycznie zabronione. Jeżeli chcesz z któregoś skorzystać, zapytaj.


KONTAKT

sylwiabea@wp.pl





Kategorie: Wszystkie | DIY | decoupage | haft | inspiracje | moda | retro | sprzedaż | szycie
RSS
czwartek, 23 czerwca 2011
OBLAZŁAM KOTKIEM

Dzisiejszy strój inspirowany latami 40-tymi. Sukienka o wyjątkowym wzorze i pięknych kolorach kupiona oczywiście w sh za 3,20 zł. Była to miłość od pierwszego wejrzenia, tylko była o jakieś 2-3 rozmiary za duża, ale w rękach mojej krawcowej nabrała właściwych kształtów. Na początku miała długość stanowczo nie dla mnie, ale dzięki skróceniu zyskałam piękny pasek. Sukienka to prawdziwy vintage, niestety tylko inspirowany latami 40-tymi. Podejrzewam, że to jakieś lata 70-te. Jednak vintage to vintage, przewagą tych ubrań nad współczesnymi jest ich trwałość i ogromna dbałość o detale. Moja sukieneczka ma dekolt obszyty zieloną lamówką, a podszewka na dole jest wykończona piękną koronką. Bardzo lubię takie rozwiązania.

 

sukienka: BLEYLE/sh

buty: Allegro

torebka: Allegro

Teraz może wyjaśnię dlaczego taki tytuł posta. Otóż przed sesją przytulała się i ocierała o mnie milutka koteczka. Większość kotów mojej teściowej to prawdziwe dzikusy, a ta malutka wręcz domaga się pieszczot. Efekt przytulactwa był taki, że cała moja sukienka była okłaczona.

19:30, sylwiabea , retro
Link Komentarze (5) »
środa, 22 czerwca 2011
WARSZAWA DA SIĘ LUBIĆ CD/KONIEC SZKOŁY

Dzisiaj nastąpiła ta wiekopomna chwila i zakończył się rok szkolny 2010/2011. Chwała Bogu, że się skończył, bo jeszcze trochę i bym się wykończyła. Oczywiście roboty jeszce moc, ale już z mniejszym stresem i napiną, już nie muszę od siebie i od innych wymagać punktualności itd. Przydałby się chociaż krótki odpoczynek na łonie natury, nawet na takim miejskim łonie.

18:13, sylwiabea
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 czerwca 2011
WARSZAWA DA SIĘ LUBIĆ

Warszawę trzeba lubić, bo to w końcu nasza stolica. Zdania na temat jej uroków są podzielone, ja osobiście nie jestem nią zachwycona. Już od wielu lat mieszkam w małym mieście i odwykłam od życia wielkomiejskiego. Nawet już bym do niego nie chciała powrócić. Jednak można zauważyć pozytywne zmiany naszej stolicy, powstają tam bardzo ciekawe miejsca, zdecydowanie nowatorskie, przyciągające każdego i w każdym wieku. Takim miejscem bez wątpienia jest Centrum Nauki Kopernik. Byłam tam z dzieciarnią w ostatni wtorek, dzieciaki były zachwycone. Sama też się świetnie bawiłam, biegałam od stoiska do stoiska z nieukrywanym zachwytem. Wspaniała zabawa gwarantowana. Polecam.

Generalnie nie lubię na blogu uprawiać prywaty, a dokładniej zagłębiać się w sprawy nazbyt osobiste, ale o tym muszę napisać, bo aż zagotowało się we mnie, gdy to zobaczyłam. Przed Centrum Nauki Kopernik ok. godz. 12 zauważyłam przywiązanego psa. Nic nadzwyczajnego, przecież takie rzeczy się zdarzają. Często się widuje takie sceny szczególnie przed sklepami, właściciele czworonogów po porannym spacerze zostawiają na chwilę pupila i kupują świeże pieczywo. Uznałam, że tym razem będzie podobnie, być może właściciel wszedł tylko na chwilę. Wychodząc z Centrum dobrze po 13  psiak  nadal tam siedział z utkwionym wzrokiem w drzwi wejściowe. Psiak był tak przerażony, że aż nie mogłam na to patrzeć ze spokojem. Jak można tak głupio i bezmyślnie potraktować zwierzę, przecież psiak myślał, że jest porzucony. Potem poszliśmy na taras widokowy i nadal z niepokojem czekałam na rozwój sytuacji, jeszcze ok. godz. 15 z dachu biblioteki UW widziałam, że pies ciągle tkwi w bezruchu. Gdy wracaliśmy do autokaru, psa już nie było, odetchnęłam z ulgą. Wreszcie "kochany pańcio" odwiązał swojego przyjaciela. Pytam jeszcze raz, jak można własnego psa potraktować jak przedmiot..., pozostawić jak rower. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła swojemu psu. Tylko niech mi nikt nie tłumaczy, że psy nie mają poczucia czasu, porzucenie to jest porzucenie i nie ma znaczenia czy to trwa 15 min. czy 3 godz. No i tyle, dałam upust swoim emocjom i trochę mi ulżyło. Na pohybel wszystkim takim "kochanym właścicielom".

 

21:27, sylwiabea
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 czerwca 2011
MA SIĘ TO SZCZĘŚCIE

Nie często mi się zdarzy kupić w sh coś po prostu ekstra. Coś takiego, że na widok tego czegoś nie udaje mi się ukryć przed ekspedientką błysku w oku. Wczoraj tak właśnie było, już wracałam z zakupami do samochodu i przechodziłam obok wyżej wspomianego składu różności, zauważyłam na wystawie nowiutkie moteczki bawełny i oczywiście weszłam mimo wyraźnie wyartykułowanego sprzeciwu mojego Pana Męża. Zignorowałam, czy też udawałam, że nie zauważyłam tego faktu i znalazłam się wewnątrz. Gdy trwały pertratakcje w sprawie ceny włóczki (moich narzekań i utyskiwań, że drogo, było wiele), a w tym czasie mój wzrok był czujny i bystry, wypatrujący czegoś ciekawego. I udało się, zauważyłam te oto butki niemieckiej firmy SALAMANDER. Od wczoraj nie mogę się nacieszyć, że całkiem nowe buty kosztowały mnie 17 zł. Wiem, że są to bardzo dobre i bardzo drogie buty, w firmowym sklepie nie na moją kieszeń. A tu taki fart. Mam już jedną parę butów tej firmy, kupiłam ją przeszło 20 lat temu w komisie, bo tylko w takich miejscach można było kupić coś ładnego. Śliczne wiśniowe buciki z delikatnej skórki w stylu lat 20. miały jeszcze naklejkę informującą o miejscu produkcji - DDR. Z sentymentem na nie patrzę, rzadko je noszę, może dlatego, że bardziej traktuję je jak relikt zamierzchłej przeszłości. Na zdjęciach można zobaczyć pistacjowy jedwabny szaliczek też kupiony w sh za 20 gr oraz broszki z MOHITO, zakup wyprzedażowy.

Dzisiaj miałam w planach sesję fotograficzną w plenerze. Zgodnie z obecnymi terndami miało być mega kolorowo. Zaczęły się przygotowania, poprawianie urody, dopracowany makijaż, świeży włos. Wyjazd w plener, syn dostaje aparat w dłoń, pani w średnim wieku przybiera pozy, wciąga brzuch i co... i nic. "Aparat nie działa" - zakomunikował potom. "Jak to nie działa?" - zapytałam zdziwiona. Rozwiązanie okazało się proste, nie włożyłam po załadowaniu baterii. I po sesji, może następnym razem będzie lepiej;)

17:19, sylwiabea , moda
Link Komentarze (3) »